Antysmogowe rośliny NASA. Tak to (nie)działa!

Skip links

Antysmogowe rośliny NASA. Tak to (nie)działa!

Udostępnij

„Jakie rośliny mam wstawić sobie na zimę, bo w moim mieście jest bardzo brudne powietrze?” – pyta użytkowniczka Facebooka. Zielone filtry, rośliny NASA, a najczęściej rośliny antysmogowe –sprzedawcy, media i poradniki wyryli w masowej wyobraźni znak równości między roślinami a czystym powietrzem w domach. Większość zapewnień o antysmogowych funkcjach roślin odwołuje się do badań opisanych w tzw. raporcie NASA. W nim to wymienieni zostali nasi sprzymierzeńcy – gatunki roślin „odkurzających” pomieszczenia z toksyn. Czy aby na pewno tak to działa?
Smog i szerzej ujmując zanieczyszczenie powietrza to temat, który zawładnął świadomością setek tysięcy osób w Polsce. I słusznie, bo szacuje się, że wskutek zanieczyszczenia atmosfery umiera w Polsce około 45 000 osób rocznie. Dane o niszczycielskiej sile smogu potwierdza Narodowy Fundusz Zdrowia – wskazując, że jest to główny powód postępującego wzrostu śmiertelności w naszym kraju.
Czy może więc dziwić, że ludzie się tym problemem przejmują i szukają sposobów by mu zaradzić? Na pewno nie. I czy może dziwić, że na te potrzeby odpowiadają sprzedawcy? Również nie.
Nie, o ile oferta handlowa to efektywnie działające rozwiązania, a nie pretekst, by zarobić na ignorancji.
Jak to jest więc z tymi roślinami antysmogowymi i z raportem sławnej amerykańskiej Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA) – raportem, który jak werset ze świętej księgi  cytują handlowcy? Zerknijmy.
Kwiatki do kożucha
W 1989 roku biochemik Bill Wolverton opublikował ze współpracownikami artykuł zatytułowany: „Interior Landscape Plants for Indoor Air Pollution Abatement” (PDF). Tytuł ten możemy z grubsza przetłumaczyć jako: „Rośliny domowe dla ograniczenia zanieczyszczenia powietrza wewnątrz”. Tekst Wolvertona powstał w ramach jego współpracy z NASA (stąd funkcjonuje jako raport NASA). Dotyczyła ona badania roślin, które mogłyby wspomóc systemy oczyszczania przestrzeni zamkniętych – w kosmosie i na Ziemi. Już sam cel tych analiz może budzić pewien niepokój. Szczelne pomieszczenia? W kosmosie? Hmmmm… to raczej nie jest to samo, co nasze mieszkania.
raport NASA Cogiteon
Szkic systemu oczyszczającego powietrze zaczerpnięty z raportu Wolvertona. Najważniejsze elementy: węgiel aktywny (activated carbon), wentylator (squirrel cage fan), potting soil (podłoże) i roślina – Epipremnum aureum (golden pothos).
Zacznijmy od końca. W podsumowaniu raportu Wolverton stwierdza dobitnie: „Low-light-requiring houseplants, along with activated carbon plant filters, have demonstrated the potential for improving indoor air quality.” – i dalej – „activated carbon filters containing fans have the capacity for rapidly filtering large volumes of polluted air”. To fundament badań. W skrócie: domowe rośliny cieniolubne wraz filtrami na bazie węgla aktywnego wykazują potencjał oczyszczający powietrze. Te filtry, wyposażone w wentylator, mają zdolność (pojemność) szybkiego filtrowania dużych ilości zanieczyszczonego powietrza.
 „Węgiel aktywny (lub aktywowany – red.) jest porowatym materiałem węglowym, który posiada dużą pojemność adsorpcyjną, zatrzymuje on nawet małe cząsteczki. Węgiel ten stosowany jest do oczyszczania cieczy i gazów”. „Węgiel aktywny charakteryzuje się bardzo dużą powierzchnią w przeliczeniu na jednostkę masy, do ok. 3900 m²/g  (dla porównania powierzchnia kortu tenisowego wynosi około 260 m²)”.
To ciekawe, że w podsumowaniu nie ma mowy o samych roślinach jako poprawiaczach jakości powietrza w domu – komentuje Robert Pavlis, autor bloga o ogrodniczych mitach. Wolverton podkreśla w tekście raportu bardzo konkretnie, że rośliny + filtry węglowe to jego propozycja systemu oczyszczającego.
I teraz pytanie za 1000 punktów! Czy sprzedawcy, informując o roślinach NASA mówią, że ich skuteczność zależy od tego czy  rosną w węglu aktywnym? A w ogóle ktoś z Was sadzi w nim swe rośliny i może też instaluje w odpowiednim miejscu wentylatorek?
Czy wobec powyższego nie powinniśmy w kontekście raportu Wolvertona mówić nie o roślinach oczyszczających, ale o systemie oczyszczającym, którego rośliny są jednym z elementów i to niekoniecznie tym najważniejszym. Czytając o skuteczności węgla aktywnego (a także mikroorganizmów – patrz dalej) można odnieść wrażenie, że to nie rośliny były w tym eksperymencie głównym bohaterem, one były trochę takim kwiatkiem do kożucha.
Reklama zielistki (spider plant) jako rośliny antysmogowej. Zrzut ekranu z indyjskiej wersji portalu Amazon.
Oprócz wykorzystania węgla aktywnego znaczący jest też sposób prowadzenia eksperymentu.  Tak go opisuje Pavlis: doświadczenia prowadzone były w zamkniętych kopułach, w których umieszczano rośliny i dozowano gazowe zanieczyszczenia. Po 6 i 24 godzinach sprawdzano, ile gazu pozostało w kopule.  Czy taką sytuację znamy z naszych domów? – pyta Pavlis. W mieszkaniach przecież wszystko, co się w nich znajduje (meble, dywany, farby ze ścian itd.), wciąż uwalnia kolejne dawki chemikaliów. Non-stop, bez przerwy.
Rośliny Wolvertona rosły pod stałym, sterowanym oświetleniem, sterowane było też dostarczanie i odprowadzanie wody. Czy tak zwykle rośnie Twoja dracena lub fikus?
Nie można więc stwierdzić, co czynią niektórzy z propagatorów raportu Wolvertona, że po kilku godzinach rośliny usunęły 70% czy 90% toksyn z pomieszczenia (mieszkania), że powietrze jest wtedy w nim tylko w 10 czy 30% zanieczyszczone. Takie testy – kontrola w warunkach choćby zbliżonych do domowych nie miały miejsca.  Wolverton badał sytuację laboratoryjną!
Czy wyobrażacie sobie, że np. lek wchodzi do sprzedaży tylko po stwierdzeniu faktu, że laboratoryjne zwierzęta odpowiednio na niego zareagowały?

Ciekawe? Przeczytaj także:
“Superinteligencja i zdrowie [podcast]”

Zero smogu
Rośliny antysmogowe eliminują nie jakieś tam zanieczyszczenia z powietrza, ale one unicestwiają wroga największego, cesarza brudu, sam SMOG z jego armią lekko i ciężkozbrojnych legionów PM 2,5 i PM 10. To wynika z ich nazwy. I tu uwaga, niespodzianka, słowo smog pojawia się w raporcie Wolvertona zero razy, nie ma go tam!
Nagłówek tekstu eksperckiego (?) w internecie. Strona allegro.pl
W badaniach, do zamkniętych szczelnie kopuł, wtłaczano oddzielnie trzy gazy: benzen, trichloroetylen i formaldehyd. Wszystkie one są rzeczywiście substancjami, które mogą wydostawać się z wyposażenia pomieszczeń (benzen także czasem oznaczany jest przy badaniu zanieczyszczenia powietrza na zewnątrz). I wszystkie one są szkodliwe. Ale są tylko trzema z dziesiątek lub nawet setek bardzo, średnio- i trochę szkodliwych  substancji, które znajdują się w powietrzu. Ten system NIE oczyścił powietrza z toksyn! Musimy doprecyzować: system oczyszczający Wolvertona był w iluś tam procentach skuteczny w specyficznych warunkach, dla trzech wybranych gazów. Ale czy ktoś zamieści taki przypis na etykiecie rośliny antysmogowej? Pytanie retoryczne.
Właśnie, rośliny antysmogowe. Eksperyment samego w sobie smogu nie dotyczył, nie analizowano głównych, szkodliwych jego składników: pyłów zawieszonych, benzo(a)pirenu, tlenków siarki i azotu. Badanie odbywało się w specyficznych warunkach, bez dostępu do powietrza z zewnątrz. A przecież smog właśnie z zewnątrz, przez uchylone okna, wentylację i nieszczelności dostaje się do środka. Te rośliny nawet jakby się bardzo spięły i związały w supeł to smogu by nie przefiltrowały. Nikt go do nich nie dopuścił!
“Proszę 1000 roślin”
Jedna z konkluzji raportu odnosi się do rozmiarów roślin. Ale to, co zostało napisane wywołuje zdziwienie: „Jeśli liści było za dużo i utrudniały one kontakt między podłożem a powietrzem to samo podłoże z rośliną całkiem pozbawioną liści było skuteczniejsze w usuwaniu benzenu”. Dlatego też – przyznaje raport – część liści była zawsze usuwana (sic!).
I co na to powiecie? Mniej liści, mniejsza roślina a filtracja skuteczniejsza…
Możemy więc wprost zapytać: do czego w tym eksperymencie rośliny były potrzebne? Może do niczego? Może do ozdoby? Nie. Ich rola związana była z rozwojem i utrzymaniem kolonii mikroorganizmów w glebie. To kolejny, dotąd niewspominany, element systemu Wolvertona. Element, który pracował (tak jak węgiel i specjalne warunki hodowli) na późniejszą sławę roślin.
“Sprzedawcy nie wypisują wielkimi literami, że tylko wykupienie całego stoiska ogrodniczego pozwoli nam oddychać powietrzem, w którym tlen beztrosko pląsa, wyłącznie wśród przyjacielskich cząsteczek”.
This biological system also utilizes plant roots and their associated microorganisms to purify indoor air” – stwierdza raport. Rośliny (ich korzenie) są w nim więc nie oczyszczami samymi w sobie, ale składnikami środowiska, w którym mogą rozmnażać się i chłonąć chemikalia mikroskopijne śmieciarko-niszczarki – bakterie.
Pojemność największych kapsuł, w których prowadzono testy to 0,88 m3, gdy tymczasem standardowe mieszkanie o powierzchni 60m2 i wysokości 2,5 m to 150 m3. Trzeba więc by mieć 170 roślin, przyjmując optymistyczne założenie, że w trakcie eksperymentu w kapsule była jedna roślina.
Te wyliczenia są oczywiście nonsensowne – bo nasze mieszkania nie są kopułami laboratoryjnymi. Inne materiały są użyte do ich zbudowania, przestrzeń jest podzielona, nie ma szczelnej izolacji od środowiska zewnętrznego itd. itp. Można śmiało przyjąć, że potrzeba kilku setek lub tysięcy roślin, by osiągnąć mierzalny efekt.
Czy wobec tego handlowcy kłamią? No nie, bo jakiś ułamek zanieczyszczeń rośliny i podłoże usuną (choć w tym samym czasie drugie tyle może wydostać się ze ściany lub środków dezynfekujących). Tak samo zrobią to stare skarpetki lub czapeczka bejsbolowakwituje dosadnie Richard Corsi, zajmujący się w Portland State University badaniami nad oczyszczaniem powietrza. Sprzedawcy po prostu nie mówią całej prawdy, a właściwie nie mówią tego, co w tej prawdzie kluczowe.
Niestety sprzedawcy nie wypisują wielkimi literami, że tylko wykupienie całego stoiska ogrodniczego pozwoli nam oddychać powietrzem, w którym tlen beztrosko pląsa, wyłącznie wśród przyjacielskich cząsteczek: azotu, pary wodnej i innych gazów. To utopia, że przy kilku roślinach nie dojdzie do przepychanek ochrony z “woniejącymi zatruciem personami” takimi jak benzen, które za wszelką cenę chcą się wcisnąć na balową salę naszych płuc.

Ciekawe? Przeczytaj także:
“Nauka w sztuce. Marie-Anne, chemia i rewolucja!”

Tak, pozory mylą
Sporo jeszcze ważnych pytań dotyczących eksperymentów Wolvertona pozostaje bez odpowiedzi. Jeśli podłoże i mikroorganizmy były tak ważne w usuwaniu zanieczyszczeń to, ile było tego podłoża (objętość), jaka była powierzchnia warstwy stykającej się z powietrzem, z jakiego materiału były doniczki i czy miały otwory? Można iść dalej i zapytać także o węgiel aktywny – ile go było i jak był rozlokowany? Tego nie wiemy.
Rośliny NASA. Czy są antysmogowe? Cogiteon. Kraków
Rośliny antysmogowe NASA. Zapisz grafikę i udostępniaj – licencja: CC BY-SA
Szczątkowe, obecne bardziej na etapie przypuszczeń niż wniosków, są analizy zmian w czasie. Autorzy eksperymentów podejrzewają, że z biegiem dni systemy roślina-podłoże mogą być skuteczniejsze, gdyż bakterie (na skutek zmian genetycznych) wydajniej będą pochłaniały toksyny? Być może? Ale być może też z jakichś powodów ich liczebność się nie zwiększy, a dominować zaczną te mikroorganizmy, które będą mniej wydajne lub nawet szkodliwe do bakterii oczyszczających. Brak w eksperymencie analizy spadku lub zwiększenia skuteczności w związku ze zmianami kondycji podłoża  i roślin (różne fazy rozwoju). Nie wiadomo więc, jak zachowywać się będzie podłoże wyjałowione lub odpowiednio nawożone, przesuszone lub przelane? Rośliny rosnące wolno lub te o szybkim przyroście, znajdujące się w fazie kwitnienia, a może te, które wcale nie kwitną, stanowić mają podstawę bio-oczyszczaczy? Jednym słowem – czy to co mamy w domu może w ogóle oczyszczać i jak skutecznie?
Wiele mediów i sloganów reklamowych informuje, że oto NASA poleca takie (a nie inne) rośliny jako skuteczny sposób w walce ze smogiem i innymi truciznami. „Kup sansewierię, dracenę lub zielistkę, bo te właśnie rośliny najskuteczniej oczyszczą Twój salon i sypialnię”. To dopiero czempiony! Adamy Małysze recyclingu atmosfery.
Takie stwierdzenie jest nieprawdziwe. Jeśli usłyszelibyście, że NASA (lub Cogiteon) poleca samochody A i B – to w głowie rodzi się myśl, że one są najlepsze, lepsze od innych. Tymczasem te rośliny są rekomendowane – bo tylko te badano. Być może woniejące rozkładem raflezje lub pachnąca mięta są dużo bardziej wydajne? Kto wie? To błędne myślenie, że NASA wskazało specjalnie te rośliny – tak jakby zrobiło to wybierając z tysięcy innych. Po prostu wzięto (wydaje się zwracając uwagę przede wszystkim na wymagania świetlne) te, a nie testowano innych. To jest wybór pozorny. To nie są najlepsi z najlepszych, z najlepszych. To są te gatunki, które akurat przyniesiono do laboratorium.
Narodziny mitu
Oderwijmy się od wiwisekcji raportu Wolvertona. Czas na ogólny wniosek: okazuje się, że jeden niewielki raport może nie tylko prezentować wskazówki dotyczące nauki (botaniki, chemii i lotów kosmicznych), ale i może stać się początkiem wielkiego mitu, niezwykłej opowieści o zasięgu ogólnoświatowym. Wraz z tekstem Wolvertona wykiełkował i wzrósł, nawożony przez nasz lęk, media i handlowców, dorodny chwast powszechnej (nie)wiedzy  – że oto rośliny są doskonałymi maszynami, które zapewnią nam krystaliczne powietrze – ambrozję dla płuc maltretowanych cząstkami PM. Tak nie jest, tak jak nie jest prawdą twierdzenie, że Ziemia jest płaska, i że podtrzymują ją na grzbiecie słonie, żółwie ani nawet galaktyczne wiewiórki.
Cogiteon. Galaktyczna wiewiórka
“Wraz raportem NASA wykiełkował i wzrósł dorodny chwast powszechnej (nie)wiedzy – że oto rośliny są doskonałymi maszynami, które zapewnią krystaliczne powietrze. Tak nie jest, tak jak nie jest prawdą twierdzenie, że Ziemia jest płaska, i że podtrzymują ją na grzbiecie słonie, żółwie ani nawet galaktyczne wiewiórki”. Rys. Zosia Dyląg, lat 6
Ale taki mit i pisanie/czytanie o nim ma też jedną fantastyczną zaletę. Uczy jak działa masowa komunikacja, jak tworzą się i rozprzestrzeniają wiadomości pozornie prawdziwe, wreszcie pokazuje na co powinniśmy uważać i kiedy trzeba być sceptycznym. Choćby ktoś tłumaczył, że to przecież sama NASA (lub …….. wpisz inną wiarygodną instytucję) o danym „fakcie” napisała.
***
Uwielbiam rośliny i cieszę się, że istnieje moda na ich pielęgnowanie. To jest super! Ale też nie możemy z nich robić bohaterów, którzy usuną wszystkie nasze troski. Nabałaganiliśmy i nikt za nas tego nie posprząta. A roślinami cieszmy się, że są – niech nasze oczy raduje zieleń, nowe liście, niespotykane formy i zaskakujące życiowe strategie. To, naprawdę działa!
Na zachętę >> filmik poniżej! 🙂

 


Ciekawe? Czytaj także:
“Nauka&hobby: proste obserwacje astronomiczne

Grafika w nagłówku: Magdalena Chrobaczyńska-Dyląg.
Return to top of page
Przejdź do treści